„Historia małżeńska” – jak się rozwodzi w Hollywood

Historia małżeńska

 

Tytuł: Historia małżeńska (Marriage Story)

Rok produkcji:

Reżyseria: Noah Baumbach

Obsada: Scarlett Johansson, Adam Driver, Laura Dern, Alan Alda, Ray Liotta, Julie Hagerty, Azhy Robertson i inni

 

 

To film, który pokazuje rozpad rodziny, więc już sama tematyka ustawia poziom emocji bardzo wysoko. Problem w tym, że owe emocje w Historii małżeńskiej w ogóle nie są udziałem bohaterów, natomiast sztucznie narzuca je widzowi kompozycyjna i narracyjna rama. Ten film po prostu ma nas poruszyć. Wypada jednak miałko i nieprawdziwie, jak tytułowe małżeństwo, które właściwie nie wie, dlaczego się rozwodzi.

Przepis na sukces

Historia małżeńska to film, który po prostu musiał odnieść sukces: dobry reżyser, świetna obsada i tematyka poruszająca widzów pod każdą szerokością geograficzną na świecie. Nicole (Scarlett Johansson) i Charlie (Adam Driver) to bardzo kochające się małżeństwo, które wspólnie wychowuje ośmioletniego syna Henry’ego (Azhy Robertson). On jest świetnie zapowiadającym się reżyserem teatralnym, ona aktorką i jego największą muzą.

To, co ich łączy, jednocześnie jednak również dzieli. Charlie kocha bowiem Nowy Jork i Broadway, Nicole ciągnie natomiast do Hollywood. Kobieta z miłości rezygnuje ze swoich planów zawodowych i wybiera życie u boku męża w Nowym Jorku. Gdy jednak po latach pojawia się szansa za znaczącą rolę w serialu, zabiera syna i wyjeżdża do Kalifornii. Odmienne wizje rozwoju kariery zbiegają się z rozpadem związku. Dziecka nie da się jednak podzielić jak mebli czy pieniędzy na koncie, trzeba dokonać wyboru, z kim i gdzie będzie mieszkać – i małżonkowie zaczynają batalię o syna.

Tak zarysowana fabuła Historii małżeńskiej zapowiada się na pierwszorzędny dramat. W historii kina było już kilka poruszających opowieści o kryzysie rodziny, jak słynna Sprawa Kramerów (1979) Roberta Bentona, ale też 5X2 pięć razy we dwoje (2004) Francois Ozona,  Droga do szczęścia (2008) Sama Mendesa, Blue Valentine (2010) Dereka Cianfrance’a czy świetne irańskie Rozstanie (2011). Jest jednak jeden zasadniczy składnik udanego dramatu: emocje muszą być prawdziwe, a bohaterowie wiarygodni – bez tych elementów film o tak poważnej tematyce ześlizguje się w banał, który można streścić w jednym zdaniu: „Każdy rozwód jest smutny”.

Historia małżeńska recenzja

Romantyczny Adam Driver kontra chłodna i niekobieca Scarlett Johasson

Niemal jedyną emocją, którą wywołał we mnie seans Historii małżeńskiej było narastające poirytowanie. Lista grzechów tego filmu jest naprawdę długa. Pierwsza kwestia to bardzo nierówne zestawienie bohaterów. Pozornie film ma przedstawiać starą jak świat prawdę, że wina w wypadku rozwodu „zawsze leży po obu stronach”. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że Nicole jest winna nieco bardziej. Nie tylko dlatego, że decyduje się odejść, ale dlatego, że łamie wspólne ustalenia i zupełnie bez powodu inicjuje twardą sądową batalię.

Co więcej, Nicole została przedstawiona zdecydowanie mniej „atrakcyjnie” dla widza niż Charlie. Z męską fryzurą, bez makijażu, biżuterii, wiecznie w koszuli i nieciekawych spodniach – w niczym nie przypomina ekranowego wizerunku Scarlett Johansson. Jej całkowite przeciwieństwo stanowi przystojny i zadbany Charlie, który nie tylko urzeka romantycznym spojrzeniem, ale też świetnie gotuje, a sceny przedstawiające jego rozpaczliwą walkę o syna wypadają wręcz melodramatycznie. Sympatia widza jest tu sterowana raczej jednostronnie.

Oczywiście odwrócenie stereotypowych ról płciowych w filmie Historia małżeńska odzwierciedla zmiany kulturowe. Widać to na kilku poziomach: kobieta nie musi wyglądać zjawiskowo, by akceptować siebie, oprócz bycia matką ważna jest dla niej kariera zawodowa i ma prawo do drobnych grzeszków, jak sięganie po drinka wieczorem czy skręta na imprezie.

Można tu dostrzec pewne inspiracje genderowe, które zostają jednak wzięte w nawias w mocnym monologu prawniczki Nicole, Nory uświadamiającej swojej klientce, że matki zawsze podlegają znacznie surowszej ocenie społecznej niż ojcowie, więc w sądzie Nicole nie może się przyznawać do swoich słabości. Jednak mimo tych wszystkich elementów motywacja bohaterki, aby zakończyć małżeństwo, wydaje się rozmyta. Nicole czuje się zepchnięta na drugi tor, ma wrażenie, że jej kariera stoi w miejscu i nie może się rozwijać. Jednak po scenie, w której wyjawia te wszystkie powody prawniczce, nieodparcie chciałoby się zapytać: „I tylko tyle?”.

Film Historia małżeńska recenzja

Łagodna Nicola kontra drapieżna Nora

Kolejny skłamany element Historii małżeńskiej to wizja przebiegu rozwodu. Obie strony chcą przeprowadzić cały proces szybko i zgodnie. Tak jest jednak tylko do momentu, gdy do akcji nie przystąpią prawnicy. Choć trzeba przyznać, że kreacja Laury Dern jako cwanej pani adwokat wypada fenomenalnie (według mnie stanowi ona największy atut filmu), to dość wątpliwe jest jednak przerzucenie całej odpowiedzialności za konflikt między małżonkami na chciwych mecenasów, którzy bezwzględnie sterują emocjami obu stron i eskalują napięcie do niebotycznych rozmiarów.

Co więcej, zestawienie Nory i Nicole wypada nader interesująco, ale też po raz kolejny zdradza negatywne konotacje kobiecości w filmie. Nora w przeciwieństwie do Nicole emanuje wręcz seksualnymi atrybutami: szczupła sylwetka podkreślana przez kuse stroje, długie piękne włosy, makijaż, czerwone szpilki i jaskrawe paznokcie stanowią jej najważniejsze atuty. To właśnie one grają tu zasadniczą rolę – są wyrazem kobiecości agresywnej i spragnionej władzy. To również kobiecość będąca swoistym teatrem odgrywanym przed publicznością, by osiągnąć określone cele. Zresztą motyw teatru pełni w filmie istotną, wieloznaczną rolę.

Historia małżeńska – dziecko – teatralna marionetka

W teatralnym sporze pomiędzy rodzicami zupełnie bezwolną kukiełką staje się Henry. Film jednak bardzo słabo sygnalizuje jakiekolwiek uczucia dziecka rozdartego pomiędzy matką i ojcem. Henry nie ma żadnych obaw, refleksji ani pytań – przyjmuje rzeczywistość taką, jaką jest. Dobrze adaptuje się w nowym środowisku i właściwie nic nie wskazuje na to, że cały jego dotychczasowy świat właśnie się rozpada. Trudno sobie wyobrazić bardziej niewiarygodny obraz rodzinnego dramatu.

Film Marriage Story

Laura Dern jako Nora Fanshaw

 

Teatralność to również swoista cecha akcji Historii małżeńskiej i to raczej przemawiająca na jej niekorzyść. Oglądając ten film, czułam się po prostu zmęczona przeładowanymi dialogami i długimi ujęciami. Obraz przytłacza typowo teatralnymi środkami wyrazu. Można przypuszczać, że jest to pewien celowy zabieg: widz ma poczuć znużenie głównych bohaterów. Prawdopodobnie modelowy odbiorca powinien również doświadczyć wściekłości rozwodzących się małżonków, kiedy w końcu dochodzi między nimi do kłótni. To chyba jednak udało się najmniej.

Pomysłowe przebłyski w mdłej całości

Pomimo negatywnych uczuć, jakie wzbudza we mnie Historia małżeńska, czuję się w obowiązku wspomnieć o pozytywnych aspektach tego obrazu. Film stanowi na pewno przemyślaną całość, czego najlepszym wyrazem jest kompozycyjna klamra spinająca początek i koniec. Warto podkreślić elementy humoru, których zadaniem jest rozładowanie ciężkiej atmosfery. Jest w tym filmie również kilka pomysłowych rozwiązań, zwłaszcza jeśli chodzi o wymowną symbolikę. Można przytoczyć choćby scenę, gdy Nicole przekazuje śpiące dziecko mężowi, a potem wspólnie zamykają bramę wjazdową, która ostatecznie rozdziela ich oboje. Największe wrażenie robi zaś moment, w którym Charlie rani się nożem, a potem mdleje z upływu krwi. Owo symboliczne wykrwawienie ojca w walce o dziecko posiada niezwykle mocną wymowę i znajduje odzwierciedlenie w dalszym przebiegu akcji.

Historię małżeńską odbieram jednak jako film, który mimo bardzo ambitnego zamysłu i wszelkich atutów, by stać się arcydziełem, ostatecznie zawodzi. Gdybym nie wiedziała, że inspiracją dla tego obrazu były autobiograficzne przeżycia reżysera, pomyślałabym, że taki film może nakręcić jedynie ktoś, kto nie przeżył czegoś podobnego. Ale być może tu jest właśnie klucz: tak się rozwodzi w Hollywood, natomiast niesłychanie dziwią mnie entuzjastyczne recenzje tego obrazu w Polsce, kraju, w którym, jak pokazują badania psychologiczne, rozwód na skali przeżyć zajmuje niemal ten sam poziom co doświadczenie śmierci najbliższej osoby. Trudne, skrajne emocje, jakie towarzyszą autentycznej ruinie małżeństwa zostały tu za bardzo osłabione tkliwym przekazem o wiecznej miłości i pokryte lukrem zrozumienia dla ludzkiej zmienności uczuć. Dlatego ekranowe łzy wydają się sztuczne, a krwawiąca rana jest zbyt płytka, żeby dotknąć do żywego.