“Street Fighter” (2026) – podeszwy stóp [recenzja]

Tytuł: „Uliczny wojownik”
Tytuł oryginalny: „Street Fighter”
Rok produkcji: 2026
Reżyseria: Kitao Sakurai
Obsada: Noah Centineo, Andrew Koji, Callina Liang, David Dastmalchian i inni
Wszystko zaczęło się w 1987 roku. Wtedy to właśnie japońska firma Capcom wydała jedną z najpopularniejszych gier z gatunku bijatyk, czyli „Street Fighter”. I choć wspomniana pozycja nie była pierwszym tego typu zjawiskiem na arenie automatów arcade, dzięki wprowadzeniu pewnych udoskonaleń ustandaryzowała ten fenomen. Mimo to druga część, wypuszczona na rynek cztery lata później, uchodzi za najważniejszą spośród całej serii. To właśnie dzięki niej rozpoczął się prawdziwy rozkwit komputerowych gier walki. Chwilę później światło dzienne ujrzały bowiem podobnie rozchwytywane „Mortal Kombat” i „Tekken”.
W 1994 roku Capcom połączył siły z amerykańską wytwórnią filmową Universal Pictures, czego owocem była pierwsza ekranizacja gry z Jean-Claude’em Van Damme’em i Raulem Julią w rolach głównych. Jakby tego było mało, japońska firma, chcąc uderzyć z jeszcze większym przytupem, w tym samym roku, jednakże kilka miesięcy wcześniej, wypuściła animację zatytułowaną „Street Fighter II” w reżyserii Gisaburó Sugii. O ile film Stevena E. de Souzy – z będącym u szczytu sławy Belgiem w obsadzie – zebrał bardzo negatywne noty, o tyle wersja anime cieszyła się niezwykle pochlebnymi recenzjami. A jak wypada najnowsza ekranizacja w reżyserii Kitao Sakuraia? Dla przeciętnego widza, który nigdy wcześniej nie zetknął się z grą, film może wydać się niedorzeczny, przekombinowany, a nawet idiotyczny. Natomiast zagorzali zwolennicy na pewno znajdą tutaj wiele dobrego, zwłaszcza że dzieło Sakuraia to obraz od fana dla fana, choć niepozbawiony defektów.
„Street Fighter” – zarys fabuły
1993 rok. Dwaj utalentowani wojownicy – Ken i Ryu – nie widzieli się od sześciu lat. Aktualnie pierwszy z nich „odcina kupony” od swojej niegdyś imponującej kariery, biorąc udział w niedorzecznych reklamach i programach telewizyjnych, zaś drugi całkowicie wycofał się z życia sportowego, wybierając los samotnego wędrownika. W międzyczasie demoniczny dyktator – generał M. Bison, organizuje drugi wielki turniej walki. Od pierwszych mistrzostw mija dokładnie sześć lat. Niebezpieczny megaloman wciąż rozpamiętuje walkę, której był wówczas świadkiem. Siła Ryu zaimponowała mu wtedy do tego stopnia, że aranżuje turniej nie tylko dla samej walki, lecz przede wszystkim po to, by pozbawić swojego rywala mocy i objąć ostateczne przywództwo. Osobą zrzeszającą wszystkich zawodników jest wielka wojowniczka, a nieoficjalnie tajna agentka Interpolu – Chun Li. Kobieta planuje zemścić się na Bisonie za krzywdy, jakich doznała w przeszłości. Werbuje najwybitniejszych wojowników, w tym Kena i Ryu. Czy udział w turnieju pozwoli im powrócić na szczyt i reaktywować przyjaźń?

Street Fighter, kadr z filmu
„Street Fighter” – główni bohaterowie stawki
Choć w filmie pojawia się dużo charakterystycznych postaci z gry, na pierwszym planie dominuje czworo zawodników: główny antagonista – generał M. Bison, „ambasadorka” turnieju – Chun Li, były wojownik obawiający się potęgi swojej mocy – Ryu, oraz jego dawny przyjaciel, a aktualnie rywal – arogancki i lekkomyślny Ken Masters. Megalomański czarny charakter w wykonaniu Davida Dastmalchiana idealnie balansuje na granicy przesady i powagi, z jednej strony zaopatrując swojego bohatera w bogaty pakiet min i gestów, zaś z drugiej inteligencję i przebiegłość. Najlepsze sceny z udziałem Bisona nie skupiają się bowiem na walkach, lecz prowadzeniu uszczypliwego dialogu z Chun Li bądź Ryu.
Callina Liang, wcielająca się w rolę tajnej agentki Interpolu, jest postacią kluczową. To właśnie ona spaja wszystkich bohaterów, a co dodatkowo szczególne, sceny walk z jej udziałem – zwłaszcza ta z Vegą i Juli – są najlepszymi na gruncie samej akcji. Andrew Koji, któremu przypadła kreacja Ryu, to w rzeczywistości prawdziwy mistrz sztuk walki. Brytyjski aktor, dzięki plastyce ruchów i imponującej fizjonomii, nadał swojemu bohaterowi przymiotów wojownika doskonałego, dzięki czemu każda walka z jego udziałem robi odpowiednie wrażenie.
Noah Centineo, odgrywający Kena Mastersa, to najciekawiej napisany zawodnik. O ile bowiem M. Bison, Chun Li i Ryu mają swoje szczególne momenty zarówno w scenach walk, jak i fragmentach podlanych humorem, o tyle postać aroganckiego lekkoducha została dodatkowo wzbogacona o czynnik ludzki. Co prawda Chun Li i Ryu również toczą swoje prywatne „wewnętrzne” batalie, lecz to Ken Masters ma do wygrania tę najpoważniejszą.
„Street Fighter” – postaci drugoplanowe
Równie ciekawie prezentują się bohaterowie drugoplanowi. W postać majora Williama Guile’a wcielił się amerykański zapaśnik – Cody Rhodes. To najbardziej charyzmatyczny bohater w całym filmie i trochę szkoda, że ograniczyli jego obecność tylko do jednej krótkiej walki i kilku (nie zawsze) trafnych dowcipów. Rola afroamerykańskiego boksera wagi ciężkiej – Balroga, powędrowała do 50 Centa. Nowojorski raper, poza tym, że doskonale wpasował się w rytm odgrywanego przez siebie bohatera, ma nawet odniesienie do swojej realnej profesji. Kiedy w trakcie jednej z walk zaczyna tratować przeciwnika, z głośników wybrzmiewa bowiem utwór z jego debiutanckiego albumu „Get Rich or Die Tryin”, zatytułowany „Many Men”.

Street Fighter, kadr z filmu
Twarzy zamaskowanemu wojownikowi o narcystycznych skłonnościach użyczył podobnie zakamuflowany wizerunkowo muzyk country – Orville Peck. I choć jego udział jest raczej peryferyjny, sam fakt, że artysta, który w prawdziwym życiu również ukrywa swoje oblicze za maską, dodaje animuszu całej obsadzie. W rolę rosyjskiego olbrzyma, będącego jednocześnie bohaterem narodowym w swoim kraju, wcielił się Olivier Richters. Holenderski aktor i kulturysta, poza imponującą sylwetką, mierzy ponadto 218 centymetrów wzrostu, co czyni go kolejnym trafionym wyborem obsadowym. Podobnie ma się sprawa z odgrywającym postać hinduskiego mistrza jogi, mnicha i pacyfisty – Dhalsima. Wcielający się w niego Vidyut Jammwal – tak samo, jak bohater, któremu udzielił twarzy – pochodzi z Indii i praktykuje sztuki walki. Dodatkowym czynnikiem mającym wpływ na jego angaż bez wątpienia był fakt, iż w swoim kraju uchodzi on za legendę kina akcji.
Ostatnią postacią, wyróżniającą się na tle wszystkich zawodników, jest była członkini brytyjskich sił specjalnych, na późniejszym etapie zmanipulowana przez Bisona i pracująca dla jego organizacji – Cammy White. Wcieliła się w nią Mel Jarnson. Rola australijskiej aktorki, podobnie jak w wypadku Orville’a Pecka odgrywającego postać Vegi, jest poboczna, jednakże kiedy już Cammy w jej interpretacji pojawia się na ekranie, z miejsca wzbudza emocje. W pewnym fragmencie jeden z bohaterów robi bowiem coś nietypowego, mianowicie liże jej buty. Jak na film, który kierowany jest również do najmłodszych widzów, przytoczona scena wygląda dość kontrowersyjnie.
„Street Fighter” – nawiązania do gry i wcześniejszych ekranizacji
Reżyser – Kitao Sakurai, będący fanem gry, w najdrobniejszych szczegółach zadbał o to, by co parę minut karmić widzów aluzjami zarówno do samej gry, jak i wcześniejszych jej ekranizacji. Każda postać otrzymała własny, charakterystyczny dla niej zestaw ciosów. Puszczanie oka odbywa się również na gruncie odniesień do anime z 1994 roku i filmu z Jean-Claude’em Van Damme’em z tego samego okresu. Jednakże najciekawszym zabiegiem, jaki zastosowano w najnowszej ekranizacji gry, jest… specjalnie przygotowana animacja wpleciona w poszczególne fragmenty. Przytoczony zabieg sprawdza się nie tylko, jako oryginalne uzupełnienie fabuły, lecz przede wszystkim hołd dla dzieła Gisaburó Sugii. Jak zatem widać, pod kątem technicznym Sakurai dopiął wszystko na przysłowiowy ostatni guzik.

Street Fighter, kadr z filmu
„Street Fighter” – zalety i wady produkcji
Jak każdy film na podstawie gry komputerowej, także i ten nie jest wolny od wad. Pierwsze, co z miejsca kłuje w oczy, to filtr, jakim twórcy postanowili „udekorować” obraz. Z fabuły wynika, że akcja filmu osadzona jest w 1993 roku. Gdyby nie wzmianka o tym w pewnych momentach oraz wykorzystanie znanych piosenek z tego właśnie okresu, mało kto domyśliłby się faktycznych ram czasowych. Drugi defekt ogniskuje się wokół niewykorzystania potencjału określonych postaci.
Guile w interpretacji Cody’ego Rhodesa, o czym wspomniałem już wcześniej, ma potężną charyzmę, dlatego ograniczenie go do maszyny serwującej żenujące dowcipy i odbywającej tylko jedno starcie, jest niczym słaby żart właśnie. Postać dzikiego zielonego stwora – Blanki, w którego wcielił się Jason Momoa, można było w ogóle odpuścić. Wspomniany bohater został wtłoczony nieco na siłę, a humor, jakim postanowiono go ubogacić, odnosi odwrotny skutek do zamierzonego. Trzeci akt również odrobinę zawodzi, bo choć otrzymujemy długą, intensywną potyczkę, finałowym scenom brakuje finezji.
Natomiast po stronie zalet wymienić należy przytoczone już wcześniej świetne wybory obsadowe, odniesienia do gry i jej starszych ekranizacji, poszczególne dialogi, specjalnie przygotowaną animację mającą na celu uzupełnienie fabuły oraz zdecydowaną większość scen walk. Najciekawsza potyczka odbywa się pomiędzy Chun Li a Vegą i Juli w siedzibie Bisona oraz Kenem a Ryu w pokoju hotelowym tego pierwszego.
O ile pierwsza z wyszczególnionych walk imponuje rozmachem, dynamiką i użyciem ciosów charakterystycznych dla danego bohatera, o tyle druga stanowi humorystyczne odprężenie przed tym, co czeka nas w najsłabszym, trzecim akcie. Mimo wszystko najlepsze starcie dokonuje się pomiędzy zwaśnioną dwójką przyjaciół a żołnierzami Bisona. Imponujące choreografie idą tu pod rękę z dobrze osadzonym humorem. Gdyby wszystkie potyczki wyglądały tak pomysłowo, dzieło Sakuraia mogłoby odbić się dużo większym echem.

Street Fighter. Uliczny wojownik, kadr z filmu
„Street Fighter” – przekaz zawarty w filmie
Twórcy każdej superprodukcji starają się zapewnić nie tylko rozrywkę na najwyższym poziomie, lecz dbają również o zawarcie i wygłoszenie jakiegoś wzniosłego przesłania. Motto „Street Fighter”, które wybrzmiewa tu kilka razy, głosi „Żyjesz, by walczyć. Walczysz, by żyć”. Kiedy wybrukować nim grunt dla historii Kena i Ryu, sprawdza się ono doskonale, jednakże dużo ciekawsze myśli przewodnie padają z ust generała M. Bisona. W pierwszym wypadku, jako formę przenośni, wykorzystuje on ugotowane ślimaki. Rozwodzi się nad ich wybitnie skonstruowanym „systemem bezpieczeństwa” – tak niewielki, ledwo dostrzegalny organizm, a obwarowany z każdej strony pancerzem.
Jednakże drugi wypadek jest o wiele bardziej przenikliwy, gdyż Bison, na potrzeby kolejnej, trafniejszej metafory, używa następujących słów: „Podeszwy stóp to drzwi naszego domu. Utrzymują całe nasze ciało. Są najważniejsze, a mimo to pozostają w cieniu”. Mówiąc swobodniej, chodzi jedynie o to, że wybitny wojownik nie ukształtuje się samodzielnie. Potrzebuje zarówno wielu „niewidzialnych” czynników odpowiedzialnych za osiągnięcie perfekcji, jak i ludzi stojących na uboczu, którzy swoją postawą wpłyną pozytywnie na jego ciało i ducha. Jak na niewymagający myślenia film rozrywkowy, takie przesłanie tylko ubogaca jego fabularną prostotę, czyniąc z niego coś więcej niż klasyczny popcornowy produkt.
„Street Fighter”, choć nie jest filmem doskonałym, powinien przypaść do gustu fanom gry komputerowej. Widać, że Kitao Sakurai włożył serce w jego realizację, co chwila podrzucając jakieś smakowite kąski w formie nawiązań do oryginalnego źródła. Jednakże znajdą się zapewne też i tacy zwolennicy gry, dla których omawiane tutaj dzieło będzie tylko kolorowym balonikiem wypełnionym przewidywalnymi pomysłami. Jednocześnie należy mieć również na względzie fakt, że zrealizowanie wysokobudżetowego filmu rozrywkowego, mającego zaspokoić oczekiwania wszystkich, rzadko kiedy bywa wykonalne. W wypadku obrazu Sakuraia pozostają więc dwie drogi: albo odwracasz się i idziesz w wybranym przez siebie kierunku, albo dołączasz do ekipy wojowników i ramię w ramię walczysz u ich boku. Jeśli o mnie chodzi, wybieram ten drugi wariant.










