„La La Land”, czyli bolesna cena marzeń

La La Land

 

Tytuł: La La Land

Rok produkcji: 2016

Reżyseria: Damien Chazelle

Obsada: Ryan Golsling, Emma Stone, John Legend

 

 

La La Land w wehikule hollywoodzkiego musicalu niesie iście dramatyczną opowieść o zderzeniu marzeń z twardą rzeczywistością. Nie pozwala widzowi osiągnąć upragnionego ukojenia, a wręcz przeciwnie – stawia go przed trudnym pytaniem o to, czy potrafi dokonać wyboru pomiędzy miłością a życiowym spełnieniem.

Dlaczego musical?

Damien Chazelle po genialnym Whiplashu, oscylującym wokół kina niezależnego, niespodziewanie sięgnął po musical – gatunek, który z jednej strony uważa się za umarły, z drugiej zaś uchodzi za kwintesencję hollywoodzkiej wizji świata. Z całą pewnością „w tym szaleństwie jest metoda”, reżyser odwołując się bowiem do tej konwencji, komunikuje się z widzem na kilku poziomach. Niewątpliwie Chazelle lubi opowiadać świat językiem muzyki, co udowodnił w Whiplash. Muzyka jest przekazem transgranicznym, zrozumiałym pod każdą szerokością geograficzną, a dodatkowo zestawiona z obrazem, buduje wizję uniwersalną i jednocześnie ogromnie oddziałującą na ludzkie emocje.

La La Land sięga po najbardziej klasyczne wzorce musicalu, czyli „great love story” z lat 40. i 50. Mamy tu do czynienia z wyraźnym podziałem świata na sferę kobiecą i męską. Miłość zakochanej pary przechodzi liczne perypetie, jest jednak pozbawiona aspektu cielesnego. Nie znajdziemy więc w filmie La La Land żadnych scen erotycznych. Bohaterowie w wielu aspektach robią wrażenie niedzisiejszych, bywają niczym postaci wyjęte ze starych romansów. Mia (Emma Stone) to dziewczyna, która marzy o karierze aktorskiej, Sebastian (Ryan Gosling) pragnie podbić ludzkie serca swoimi jazzowymi kompozycjami. Oboje są pięknymi i niewinnymi marzycielami, a ich wzajemna miłość podsyca dążenie do realizacji pragnień.

La La Land film

Podobnie wygląda cały świat przedstawiony – tętniący kolorami, pełny zwiewnych sukienek i malowniczej miejskiej scenerii. Chazelle mruga więc okiem do widza, świadomie konstruuje cukierkową, niemal odrealnioną przestrzeń, by pokazać, że jest ona tyleż piękna, co nieprawdziwa. To sfera wyidealizowanej Fabryki Snów, marzeń o sławie i wiecznej miłości. La La Land eksploatuje więc musicalową wizję świata nie po to, aby ją wskrzesić, ale wydobyć jej aspekty filmowe i jednocześnie skonfrontować z potoczną wiedzą o regułach życia.

„Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał….”

La La Land paradoksalnie nie sytuuje się daleko od filmu Whiplash. Wręcz przeciwnie, reżyser rozwija w nim wątek, który został w poprzednim dziele jedynie zasygnalizowany. Przypomnijmy zatem, że bohater Whiplash, młody perkusista, by osiągnąć perfekcję w tym, co robi, poświęca całe swoje życie prywatne. Odrzuca również uczucie wyraźnie zainteresowanej nim dziewczyny. Podobnie dzieje się w La La Land. Bohaterowie w sferze zawodowej osiągają wszystko – Sebastian otwiera wymarzony klub jazzowy, a Mia zostaje cenioną gwiazdą filmu. I tu kończyłby się tradycyjny musical, scenariusz „żyli długo i szczęśliwie” nie spełnia się jednak w wypadku bohaterów La La Landu.

Film La La Land

Okazuje się bowiem, że cena za spełnienie marzeń jest niezwykle wysoka – bohaterowie tracą swoje uczucie, a ich losy będą się toczyć osobno. Kiedy patrzyłam na to smutne zakończenie disnejowskiej historii, myślałam o Hymnie do miłości – „Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, (…) byłbym niczym”. I być może tak trzeba czytać finał La La Landu – iście patetycznie: miłość jest najwyższą wartością, której nie wolno się wyrzec dla niczego.

Myślę jednak, że Chazelle komplikuje wymowę swojego dzieła. Oto widzimy bowiem alternatywną wersję zakończenia – Mia i Sebastian zostają razem, zamiast obsesyjnie wykorzystywać każdą szansę na zrobienie kariery, dbają o swoje uczucie. W finale siedzą przytuleni w muzycznym klubie – nie jako gwiazdy, ale para zwykłych widzów. Nie osiągają swoich celów, mają „tylko” miłość. Czy naprawdę byliby wówczas szczęśliwi? Na ile jesteśmy tym, o czym marzymy i co potrafimy dla tego poświęcić? Wreszcie – czy miłość rzeczywiście jest najważniejszą sferą życia? A może reżyser porównuje ludzki los do antycznej tragedii (notabene odwołuje się do tego wzorca, dzieląc fabułę na kolejne akty) – zawsze musimy wybierać, ale konieczność wyboru niesie za sobą konieczność straty. Być może nie sposób przejść przez życie nie cierpiąc i jednocześnie nie zadając bólu? W owej niejednoznaczności kryje się wielkość La La Landu.