“Zwyczajni ludzie” – film o radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby

Tytuł: “Zwyczajni ludzie”
Tytuł oryginalny: “Ordinary People”
Rok premiery: 1980
Reżyseria: Robert Redford
Obsada: Donald Sutherland, Mary Tyler Moore, Judd Hirsh, Timothy Hutton
W historii kinematografii niejednokrotnie zdarzały się przypadki, gdy wybitny aktor z czasem okazywał się uzdolnionym reżyserem. W 1980 roku za sprawą produkcji „Zwyczajni ludzie” do tego grona dołączył Robert Redford. Redford w latach siedemdziesiątych ugruntował w Hollywood pozycję utalentowanego aktora, a już w kolejnej dekadzie stanął po drugiej stronie kamery. „Zwyczajni ludzie” to poruszający film, który dotyka wielu ważnych tematów między innymi radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby, poszukiwania sensu życia, czy kondycji psychicznej. Dzieło oparte na powieści Judith Guest porwało miliony widzów, zarobiło dziewięćdziesiąt milionów dolarów, otrzymując przy tym wiele prestiżowych nagród.
„Zwyczajni ludzie” – rodzinny dramat
Film przedstawia losy rodziny Jarretów. Calvin (Donald Sutherland) i Beth (Mary Tyler Moore) Jarretowie próbują powrócić do normalnego funkcjonowania po ostatnich dramatycznych wydarzeniach. Najpierw ich starszy syn zginął w wypadku, a chwilę później młodszy Conrad (Timothy Hutton) próbował popełnić samobójstwo. Ostatecznie nastolatka udało się uratować, ale pobyt w szpitalu psychiatrycznym oraz strata brata mocno wpłynęły na kruchą psychikę licealisty. Conrad szuka pomocy u doktora Tyrone’a Bergera (Judd Hirsch). Chociaż początkowo ich relacja jest oschła, z czasem terapeuta staje się najbliższą i najbardziej zaufaną osobą dla młodego Jarreta.
„Zwyczajni ludzie” – w świecie pozorów i niedopowiedzeń
Z pozoru rodzina Jarretów wydaje się idealna, pozbawiona głębszych rys. Może taka była zanim doszło do tragicznej śmierci Bucka? Widzowie obserwują, jak pod płaszczykiem perfekcyjnego, opanowanego życia tlą się nierozwiązane sprawy, niedopowiedzenia. Jarretowi zasiadają w dużym salonie do szykownie przygotowanego stołu, zjadają wspólny posiłek, ale to wszystko okazuje się fasadą, złudnym poczuciem normalności. Calvin, Beth i Conrad nawzajem próbują przed sobą odgrywać teatrzyk. Ojciec stara się zrozumieć syna, ale jest bezsilny wobec cierpienia, które na co dzień dotykają nastolatka. Beth na zewnątrz pragnie przedstawiać się jako wielka dama, reprezentantka szanowanego rodu, ale w środku kobieta nie potrafi poradzić sobie ze stratą starszego syna.

W dodatku ból związany ze śmiercią Bucka ma wpływ na jej kontakty z młodszym dzieckiem, które zawsze było w cieniu brata. Kiedy Calvin i Beth wracają z wykwintnej zabawy, kobieta krytykuje męża, że powiedział wprost o problemach ich syna i jego wizytach u psychologa. Beth obawia się utraty pozycji w środowisku i wizerunku silnej matki i żony, która nad wszystkim panuje. Z zewnątrz widzimy wielki dom na przedmieściach, sukces finansowy, grę w golfa, towarzystwo wpływowych ludzi, a w czterech ścianach rozgrywają się ludzkie dramaty.
Film „Zwyczajni ludzie” – poszukując zrozumienia
Kiedy Conrad spotyka koleżankę ze szpitala psychiatrycznego, nastolatek ku jej zdziwieniu wyjawia, że tęskni za tamtym okresem. Karen (Dinah Manoff) próbuje ułożyć sobie życie na nowo na „wolności”, dziewczyna wydaje się pełna entuzjazmu, chęci do życia, ale ostatecznie również ona przegrywa ze swoimi demonami. Dla Conrada powrót do domu nie okazał się miejscem, gdzie odnalazł azyl. Licealista czuje się samotny, wyobcowany, zamknięty we własnym pokoju. Znamienna jest scena w ogrodzie, gdy Beth i Conrad wspominają sytuacje z przeszłości. Moment rozluźnienia nie trwa jednak długo, gdyż po chwili oboje zaczynają się nawzajem przekrzykiwać, co doprowadza do wybuchu agresji.
Podobnym chaosem kończy się sytuacja, gdy Beth odmawia (choć nie wprost) pozowania do wspólnego zdjęcia z synem. Conard tęskni za szpitalem, dawnymi znajomymi, namiastką wsparcia i zrozumienia. Nastolatek w pewnym momencie zaczyna spotykać się z koleżanką ze szkoły. Dziewczyna staje się osią niezgody pomiędzy Conradem a jednym z jego dawnych kumpli. Chwilowa szermierka na słowa przeradza się w bójkę, podczas której licealista bezpardonowo wymierza ciosy w kierunku leżącego na ziemi rówieśnika. Również Calvin i Beth regularnie tkwią w małżeńskich sprzeczkach. Mężczyzna pragnie głębszej rozmowy, proponuje żonie nawet wspólne pójście do doktora Bergera, ale kobieta odmawia, nie kryjąc przy tym oburzenia.

„Zwyczajni ludzie” – kino najwyższych lotów
„Zwyczajni ludzie” to jedno z najciekawszych dzieł z lat osiemdziesiątych. Film trwa dwie godziny, ale ani przez moment nie odczuwałem znużenia. Donald Sutherland jako Calvin stara się być oazą spokoju, empatii w rodzinie. Dlatego jego końcowa przemowa w kierunku żony jest zarówno bolesna, jak i wzruszająca. Mary Tyler Moore stworzyła kreację, której nie da się jednoznacznie ocenić. Beth momentami jest zimna, oschła, ale staramy się zrozumieć zalążki jej postępowania. Dla Moore był to owocny powrót do kina (otrzymała między innymi nominację do Oscara) po latach spędzonych w telewizyjnych sitcomach. Timothy Hutton dzięki „Zwyczajnym ludziom” stał się najmłodszym laureatem Oscara (miał zaledwie dwadzieścia lat), co ciekawe otrzymał go jako „Najlepszy aktor drugoplanowy”, chociaż w dziele Redforda większość akcji kręci się wokół losów Conrada.
Dla Huttona był to wymarzony start, rok później wystąpił w „Szkole kadetów” u boku równie młodego Toma Cruise’a. Z czasem jednak jego kariera podupadła, kolejne filmy okazywały się klapami, a Timothy przestał być postrzegany jako aktor z pierwszej ligi. Na osobne pochwały zasługuje również Judd Hirsch. Hirsch jako terapeuta wprowadza do produkcji nutkę czarnego humoru. Doktor Berger momentami bywa szorstki, ale w środku jest „równym” gościem, który stara się pomóc swoim pacjentom. Wzruszającą jest zwłaszcza końcowa sekwencja, gdy Berger mówi zrozpaczonemu Conradowi: „Jestem twoim przyjacielem”.
Ostateczny finał filmu jest niejednoznaczny. Czy można nazwać go happy endem? Niech każdy oceni to sam po skończonym seansie.
Ocena filmu:
9/10










